Mistrzowie świata razy DWA, zmiana mistrza Polski i rewolucje klubowe, czyli podsumujmy...

Mistrzowie świata razy DWA, zmiana mistrza Polski i rewolucje klubowe, czyli podsumujmy rok 2018

52
0
PODZIEL SIĘ

Kolejny rok przechodzi właśnie do historii, a wydarzyło się w nim wiele dobrego dla polskiej siatkówki. Nie brakowało również mniej pozytywnych zdarzeń, ale wszelkie niedogodności przyćmiewa największy sukces reprezentacji Polski, która we wrześniu we włoskim Turynie obroniła tytuł mistrzów świata. Przyszedł czas na podsumowanie pełnego wrażeń roku 2018. Przeżyjmy to jeszcze raz!

 

Wrocławski spełniony sen

 

Podsumowanie bezapelacyjnie należy zacząć od finałowego turnieju o Puchar Polski, który w styczniu został rozegrany we wrocławskiej Hali Stulecia. W turnieju wzięły udział drużyny ZAKSY Kędzierzyn-Koźle, PGE Skry Bełchatów, Trefla Gdańsk oraz ONICO Warszawa. Warto wspomnieć, że warszawski zespół, który przed sezonem 2017/2018 przeszedł przebudowę, awans do finałowego turnieju Pucharu Polski wywalczył po raz pierwszy w historii, pokonując w meczu ćwierćfinałowym ekipę Jastrzębskiego Węgla po zaciętym, pięciosetowym starciu na Torwarze. Sam awans do turnieju we Wrocławiu był dla tej drużyny dużym sukcesem i podopieczni trenera Stephane’a Antigi jechali na tę imprezę z bardzo pozytywnym nastawieniem, w lidze bowiem notowali serię zwycięstw. W półfinale jednak nie zdołali zwyciężyć z PGE Skrą Bełchatów. W drugim półfinałowym pojedynku ekipa ZAKSY Kędzierzyn-Koźle zmierzyła się z Treflem Gdańsk, który z kolei na turniej do Wrocławia jechał w nie najweselszej atmosferze. Gdańszczanie przed tą imprezą notowali słabe występy w rozgrywkach ligowych i z tego właśnie powodu nie byli stawiani w roli faworyta. W dodatku w 1/2 finału mieli zmierzyć się z ZAKSĄ Kędzierzyn-Koźle, ówczesnym mistrzem Polski, który w sezonie 2017/2018 zanotował serię siedemnastu zwycięstw z rzędu, a tę passę przerwali dopiero siatkarze Asseco Resovii Rzeszów. Wracając jednak do półfinałowego starcia pomiędzy kędzierzynianami i gdańszczanami, po czterech setach zwycięstwo i awans do finału przypieczętowali siatkarze z Trójmiasta. W finale podopieczni trenera Andrei Anastasiego zmierzyli się z PGE Skrą Bełchatów i nie zamierzali poprzestać na samym tytule finalisty. Po trzech setach pokonali bełchatowian i zdobyli bardzo ważne dla nich w tamtym momencie trofeum. Ponadto wśród najlepszych graczy turnieju znalazło się aż pięciu siatkarzy Trefla Gdańsk, a MVP turnieju został Damian Schulz.

 

 

Nowy trener Polaków

 

W lutym najważniejszym wydarzeniem było zakończenie długiego oczekiwania na wybór nowego trenera reprezentacji Polski mężczyzn. Po tym jak po rozgrywanych w Polsce Mistrzostwach Europy, Polski Związek Piłki Siatkowej rozwiązał umowę z trenerem Ferdinando De Giorgim, biało-czerwoni kilka miesięcy czekali na to, kto obejmie fotel selekcjonera. Mówiło się, że trenerem ma zostać Polak, ale potem coraz głośniej zaczęto mówić o szkoleniowcach zagranicznym. W końcu 7 lutego władze Polskiego Związku Piłki Siatkowej oficjalnie głosiły, że nowym selekcjonerem reprezentacji został Vital Heynen. Przed nowym szkoleniowcem stało wymagające zadanie, bo miał zaledwie kilka tygodni, aby wybrać graczy, z którymi będzie chciał pracować w kadrze. W dodatku miał stworzyć zespół przed odbywającymi się w tym samym roku mistrzostwami świata. Szkoleniowiec jednak miał o tyle łatwiej, że to nie jest jego pierwsza praca w Polsce, w latach 2013-2015 prowadził bowiem ówczesny Transfer Bydgoszcz, zatem znał już trochę polskie realia. Poza tym, co też trzeba podkreślić, potencjalnych reprezentantów Polski obserwował już wcześniej, chociażby podczas Pucharu Polski we Wrocławiu, gdzie przyjechał po rozegranym spotkaniu prowadzonego przez siebie VfB Friedrichshafen. Belgijski szkoleniowiec od początku zapowiadał zmiany w drużynie narodowej, które jednak miały być wprowadzane powoli. Ponadto warto podkreślić, że trener Vital Heynen, dobierając swoich współpracowników, docenił trenera Michała Gogola – jednego z kontrkandydatów na selekcjonera biało-czerwonych, trenera Sebastiana Pawlika – szkoleniowca Mistrzów Świata Juniorów z 2017 roku, a także Pawła Woickiego.

 

 

Punkt, który zmienił wszystko

 

Wydarzeniem, którego nie można pominąć przy podsumowaniu, jest końcowa klasyfikacja drużyny ONICO Warszawa. Warszawianie, którzy zanotowali serię trzynastu zwycięstw z rzędu, w decydującej fazie rundy zasadniczej mieli swoje problemy. W szeregach drużyny pojawiały się kontuzje, zespół ponosił porażki, które zadecydowały o tym, że do samego końca rozstrzygała się kwestia „szóstki”, która powalczy w fazie play-off. Przed ostatnią kolejką fazy zasadniczej warszawianie mieli tyle samo punktów co ekipy Asseco Resovii Rzeszów, Jastrzębskiego Węgla i Indykpolu AZS-u Olsztyn. Potrzebowali zwycięstwa za trzy punkty, aby zapewnić sobie awans do fazy play-off. Ostatnie spotkanie rozgrywali z ekipą Cerradu Czarnych Radom w hali MOSiR w Radomiu, w której nie gra się łatwo, co wielokrotnie podkreślali zawodnicy różnych zespołów. Mecz w Radomiu jednak od początku nie układał się po myśli warszawian. Przegrali dwa pierwsze sety, tracąc cenny punkt. Zdołali jednak powrócić do gry i zwyciężyli po tie-breaku, ale radość ze zwycięstwa była dosyć powściągliwa. Warszawianie musieli czekać na wynik ostatnich meczów, po których było pewne, że nie zagrają wśród sześciu najlepszych zespołów. Chociaż mieli na swoim koncie dwadzieścia zwycięstw, czyli o dwa więcej niż ekipa z Jastrzębia-Zdroju i jedno więcej niż zespół z Rzeszowa, o awansie decydowały punkty, a zabrakło im jednego. W związku z tym siatkarze ze stolicy walczyli o siódmą lokatę na koniec sezonu z ekipą Cuprum Lubin. Mimo zwycięstwa w pierwszym pojedynku, nie zdołali postawić kropki nad ‘i’ w rewanżowym spotkaniu, kończąc sezon na ósmej pozycji. Taki wynik zmusił władze klubu do reakcji. W Warszawie doszło do kolejnej przebudowy zarówno w składzie drużyny, jak i we władzach. Z funkcją prezesa pożegnała się Jolanta Dolecka, która jednak pozostała w Radzie Nadzorczej klubu. Paweł Zagumny zakończył zaś współpracę na stanowisku dyrektora sportowego. Nowym prezesem stołecznej drużyny został Piotr Gacek, który pełni także funkcję dyrektora sportowego. Z drużyny odeszło pięciu graczy: Jan Firlej, Sebastian Warda, Wojciech Włodarczyk, Nikola Gjorgiev i Jędrzej  Gruszczyński. Guillaume Samica zaś zakończył swoją karierę sportową, a pożegnanie francuskiego gracza odbyło się po ostatnim meczu z drużyną Cuprum Lubin na Torwarze.

 

 

Nowi mistrzowie

 

Faza play-off minionego sezonu obfitowała jednak w emocje. Dwa zespoły, które po rundzie zasadniczej zajmowały czołowe lokaty w tabeli uzyskały bezpośredni awans do półfinału, zaś o przepustkę do niego walczyły między sobą zespoły Asseco Resovii Rzeszów i Indykpolu AZS-u Olsztyn oraz Trefla Gdańsk i Jastrzębskiego Węgla. Obie te rywalizacje rozstrzygnęły się po trzech meczach, a zwycięsko wyszły z nich zespoły z Olsztyna i Gdańska. Obie jednak przegrały w półfinałach i zmierzyły się ze sobą w meczu o brązowy medal. Ta rywalizacja rozstrzygnęła się po dwóch spotkaniach, a w nich dwukrotnie skuteczniejsi byli gdańszczanie, dla których był to duży sukces, w trakcie sezonu zespół miał bowiem gorsze momenty, a przed jego rozpoczęciem istniało ryzyko, że może w ogóle nie wystąpić w rozgrywkach. W rywalizacji finałowej pomiędzy PGE Skrą Bełchatów i ZAKSĄ Kędzierzyn-Koźle również wszystko rozstrzygnęło się po dwóch spotkaniach. Dwukrotnie zwyciężyli siatkarze z Bełchatowa, detronizując kędzierzynian. Jeśli chodzi zaś o kwestie miejsc poza „czwórką”, na piątym uplasowali się jastrzębianie, zaś szóstą lokatę zajęła drużyna Asseco Resovii Rzeszów. Dla obu ekip takie wyniki były poniżej oczekiwań i w obu doszło do sporych zmian.

 

 

Dominator z Rosji

 

Rozstrzygnięcia w PlusLidze nie okazały się jednak końcem sezonu dla ZAKSY Kędzierzyn-Koźle. W drugi weekend maja kędzierzynianie udali się do Kazania na Final Four Ligi Mistrzów, gdzie oprócz nich znalazły się takie zespoły jak Cucine Lube Civitanova, Zenit Kazań i Sir Colussi Sicoma Perugia. W półfinale wicemistrzowie Polski po czterech setach ulegli ekipie z Włoch. W drugim półfinale zaś drużyna Zenitu Kazań pokonała drugą włoską ekipę. Kędzierzynianie zatem w meczu o brązowy medal zmierzyli się z zespołem z Perugii, ale po tie-breaku musieli uznać wyższość przeciwnika, kończąc turniej na czwartym miejscu. Triumfatorami imprezy czwarty raz z rzędu został zespół Zenitu Kazań jeszcze z Wilfredo Leonem w składzie. Gospodarze całego turnieju po pięciu setach pokonali ekipę Cucine Lube Civitanova.

 

 

Czas eksperymentów zakończony awansem

 

Nadszedł czas na reprezentację i zobaczenie wizji zespołu, jaką stworzył sobie trener Vital Heynen. Od początku belgijski szkoleniowiec zapowiadał, że rozgrywki Ligi Narodów, które miały swoją debiutancką edycję w roku 2018, zastępując dotychczasową Ligę Światową, potraktuje jako tzw. poligon doświadczalny i będzie chciał przetestować umiejętności jak największej liczby graczy. Jak trener zapowiedział, tak zrobił i na każdy turniej wprowadzał większe bądź mniejsze zmiany. Po turniejach w Polsce wolne otrzymał np. Michał Kubiak. Reprezentacja Polski przez dłuższy czas utrzymywała się na pozycji lidera tabeli, ale po chwilach słabości, które nastąpiły w turnieju w Chicago (Polacy przegrali wszystkie trzy mecze), o awans do turnieju finałowego musieli walczyć do końca. Wywalczyli przepustkę do turnieju we francuskim Lille, ale tam zakończyli swój udział w imprezie na etapie fazy grupowej, przegrywając obydwa spotkania – z reprezentacją Rosji i z kadrą Stanów Zjednoczonych. W finale turnieju reprezentacja Francji zmierzyła się z Rosjanami, a w nim zwycięstwo odnieśli siatkarze Sbornej. Dla biało-czerwonych jednak sam awans do turnieju finałowego w Lille był dużym sukcesem. Drużyna, która była budowana tak naprawdę od początku już w pierwszej imprezie znalazła się wśród sześciu najlepszych drużyn. Sam trener Vital Heynen podkreślił, że rozgrywki Ligi Narodów wypadły lepiej niż można było przypuszczać (o tym przeczytasz TUTAJ). Już po tych rozgrywkach trener reprezentacji Polski wybrał czternastu graczy, którzy przygotowywali się do nadchodzących Mistrzostw Świata w Bułgarii i we Włoszech. Na liście selekcjonera znalazło się jednak piętnaście nazwisk. Piętnastym graczem był Tomasz Fornal, który pomagał drużynie w treningach.

 

 

Udany sprawdzian w Krakowie

 

Zanim rozpoczęły się mistrzostwa świata, reprezentacja Polski przeszła kolejne sprawdziany, które miały wskazać kierunek dalszej pracy. Jednym z nich był coroczny Memoriał Huberta Jerzego Wagnera, w którym biało-czerwoni zmierzyli się z reprezentacją Rosji, Francji i Kanady. Podopieczni trenera Vitala Heynena nie byli raczej stawiani w roli faworyta całego turnieju, przez wzgląd na to, jak silne zespoły staną naprzeciwko nich – zwłaszcza Rosjanie czy Francuzi. Polacy jednak nie zamierzali się nikogo obawiać. W pierwszym meczu, który zainaugurował turniej w krakowskiej Tauron Arenie, reprezentacja Polski po trzech setach pokonała kadrę Kanady. W drugim starciu biało-czerwoni wygrali po pięciu setach z reprezentacją Francji, zaś w ostatnim dniu turnieju w Krakowie po tie-breaku zwyciężyli z Rosjanami, tym samym triumfując w całej imprezie. To był dobry symptom po dwóch zwycięstwach nad reprezentacją Kamerunu w Ostrowcu Świętokrzyskim oraz przed dwumeczem z reprezentacją Belgii w Szczecinie.

 

 

Przeciwności i obrona tytułu w wielkim stylu

 

We wrześniu nadeszła impreza docelowa w roku 2018, czyli Mistrzostwa Świata w Bułgarii i Włoszech. Biało-czerwoni jechali na tę imprezę z pozytywnymi nastawieniami, po zwycięstwach w pojedynkach sparingowych, ale nie byli faworytami tego turnieju. W Warnie, gdzie rozgrywali mecze fazy grupowej, wygrali we wszystkich meczach i z kompletem punktów rozpoczęli zmagania w drugiej rundzie turnieju. Tę również rozgrywali w Warnie, a mierzyli się z takimi zespołami jak reprezentacja Argentyny, Francji i Serbii. W drugiej rundzie turnieju reprezentację Polski dopadł kryzys. Michał Kubiak zmagał się z chorobą i kapitan biało-czerwonych nie wystąpił w meczu z Argentyńczykami, zostając w hotelu. Po pięciu setach biało-czerwoni ponieśli pierwszą porażkę w turnieju, a dzień później po czterech setach ulegli Francuzom. W wyniku takich wydarzeń pojedynek z reprezentacją Serbii był dla Polaków tzw. meczem o życie. Mało kto wtedy przypuszczałby, że zespół, który przechodzi w pewnym sensie mękę na tym etapie turnieju, sięgnie po złoty medal. Nadzieja jednak zawsze umiera ostatnia. Biało-czerwoni po trzech setach pokonali Serbów i z pierwszego miejsca awansowali do rundy rozgrywanej we włoskim Turynie. Tam nie pozostawiali złudzeń kolejnym rywalom, awansując z pierwszego miejsca w grupie J. W półfinale podopieczni trenera Vitala Heynena zmierzyli się z reprezentacją Stanów Zjednoczonych i można zaryzykować stwierdzenie, że to właśnie ten pojedynek był bardziej jak finał. Biało-czerwoni przegrywali w meczu 1:2 i dużo wskazywało na to, że trudno będzie zatrzymać Amerykanów. Polacy ponownie jednak wykazali się wolą walki i przechylili szalę zwycięstwa na swoją korzyść. W finale można było czuć pewne de ja vu, bo tak, jak przed czterema laty, Polacy zagrali z reprezentacją Brazylii. Tym razem jednak był to zupełnie inny mecz, a zakończył się po trzech setach, zaś po nim radości naszych siatkarzy, jak i wszystkich polskich kibiców nie było końca. Polacy obronili tytuł mistrzów świata, a swoje odrodzenie na tym turnieju przeżył Bartosz Kurek. Atakujący reprezentacji Polski przez długi czas nie mógł znaleźć swojej gry, widać było, że męczył się sam ze sobą, ale w końcu „coś” zaskoczyło. I to w najważniejszym momencie. Bartosz Kurek zakończył najważniejszą, ostatnią pikę meczu finałowego i odebrał statuetkę MVP turnieju. Ukłony należą się też trenerowi Vitalovi Heynenowi, który wprowadził pewne szaleństwo na sam początek sezonu, ale potem w końcu wybrał bardzo wcześnie konkretny skład na mistrzostwa świata i konsekwentnie przygotowywał tylko tych wybranych graczy do walki o obronę mistrzostwa świata. Cała drużyna pokazała charakter i to, że jej siłą jest działanie jako jeden organizm.

 

 

„Odrodzenie” docenione w Europie

 

Bartosz Kurek po swoim wielkim powrocie na mistrzostwach świata został doceniony w Europie. Władze Europejskiej Konfederacji Piłki Siatkowej doceniły go, przyznając mu tytuł najlepszego siatkarza Europy w 2018 roku. Nagroda naprawdę zasłużona, bo biorąc pod uwagę to, jaką drogę atakujący reprezentacji Polski przeszedł, widać, że wymagało to wielkiego wysiłku, wielkiej determinacji. Nie chodzi tutaj o jeden sezon, ale o dłuższy czas, w którym Bartosz Kurek nie prezentował się najlepiej, nie mógł znaleźć swojej gry, jaką prezentował w swoich najlepszych latach. Wielu osobom wydawało się nieco ryzykowne stawianie właśnie na atakującego w kwestii turnieju w Bułgarii i Włoszech, ale jak widać, tego właśnie potrzebował. Potrzebował pewnej presji, którą udźwignął i powrócił do gry ze swoich najlepszych lat.

 

 

PlusLiga zaskakiwała od początku

 

Zaledwie dwa tygodnie, nawet niecałe, po zakończonych mistrzostwach świata rozpoczął się sezon ligowy, a PlusLiga od pierwszych kolejek dostarczała kibicom wielu wrażeń i chyba trochę niespodziewanych wyników, jak np. porażka PGE Skry Bełchatów w pierwszej kolejce PlusLigi. Warto jednak wspomnieć, że pod koniec października bełchatowianie obronili wywalczony rok wcześniej Superpuchar Polski, pokonując pewnie po trzysetowym meczu ekipę Trefla Gdańsk.

 

Najbardziej jednak kibiców, ale i ogólnie ludzi związanych z siatkówką, zaskakiwała sytuacja Asseco Resovii Rzeszów, która ponosiła od początku sezonu porażkę za porażką. Był moment, że rzeszowianie sięgnęli dna tabeli, co nie napawało optymizmem zwłaszcza w kontekście ich udziału w Klubowych Mistrzostwach Świata. Rzeszowianie ponieśli aż siedem porażek z rzędu i nikt nie potrafił za bardzo odpowiedzieć na pytanie: w czym tkwi problem. Tym bardziej, że klub z Rzeszowa przeszedł solidną przebudowę i pozyskał takich graczy światowego formatu jak: David Smith, Kawika Shoji, Luke Perry czy Damian Schulz. Chociaż w pierwszych kolejkach gra zespołu z Podkarpacia naprawdę pozostawiała do życzenia, później rzeszowianie grali już lepiej, a mimo to nie po drodze było im ze zwycięstwami. Mieli szansę na przerwanie złej serii w meczu siódmej kolejki z ZAKSĄ Kędzierzyn-Koźle, gdzie przegrywając 0:2, doprowadzili do tie-breaka, jednak nie udało się. Serię przerwali na wyjazdowym meczu w Gdańsku, ale na wygraną we własnej hali musieli czekać aż do 12 grudnia, kiedy to pokonali po tie-breaku zespół Chemika Bydgoszcz, który swoją drogą też prezentuje się z dobrej strony w sezonie 2018/2019. Od tego meczu zespół rozpoczął serię zwycięstw, a przed świętami pokonał na wyjeździe Cerrad Czarnych Radom, jedną z rewelacji sezonu 2018/2019. Warto wspomnieć, że w Rzeszowie doszło do kilku dość dużych zmian. Najpierw klub postanowił rozstać się z trenerem Andrzejem Kowalem, a jego następcą został były trener Cuprum Lubin, Gheorghe Cretu. Później z funkcji prezesa zrezygnował Bartosz Górski, a jego miejsce zajął były zawodnik tego klubu, mistrz świata z 2014 roku, Krzysztof Ignaczak. W końcu doszło także do zmian w składzie zespołu. W wyniku kontuzji, której przed jednym ze spotkań doznał Mateusz Masłowski, na pozycji libero grał Luke Perry, a zatem po transferach, do jakich doszło w zespole z Rzeszowa, powstał problem związany z limitem obcokrajowców. Klub rozwiązał więc umowę z Rafelem Redwitzem, a jego miejsce zajął Łukasz Kozub, wychowanek AKS-u Rzeszów.

 

 

Klubowe Mistrzostwa Świata z włoskim finałem

 

Gra Asseco Resovii Rzeszów wyglądała już dużo lepiej w czasie rozgrywanych na przełomie listopada i grudnia Klubowych Mistrzostw Świata. Drugi rok z rzędu ta impreza była rozgrywana w Polsce, a przedstawicielami PlusLigi była właśnie Asseco Resovia oraz PGE Skra Bełchatów. Rzeszowianie rozpoczęli turniej dobrze wygrywając w pierwszych dwóch meczach, a pokonali między innymi drużynę Sady Cruzeiro. Gorzej zaprezentowali się bełchatowianie, którym turniej całkiem nie wyszedł. Podopieczni trenera Roberto Piazzy przegrali bowiem wszystkie grupowe spotkania. Rzeszowianie natomiast wywalczyli awans do fazy pucharowej, która rozgrywana była w Częstochowie, ale od ostatniego meczu fazy grupowej, kiedy podopieczni trenera Gheorghe Cretu przegrali z ekipą Trentino Volley, skończyła się dobra passa rzeszowian. W półfinale przegrali z ekipą Cucine Lube Civitanova, zaś w meczu o brązowy medal ulegli po czterech setach ekipie Fakel Novy Urengoy. W finale zmierzyły się zatem dwie włoskie drużyny: Trenino Volley i Cucine Lube Civitanova. Nowy zespół Srećko Lisinaca nie pozostawił złudzeń swoim przeciwnikom, wygrywając po czterech partiach. Tym samym Trentino Volley po przerwie wywalczyło piąty w historii tytuł Klubowych Mistrzów Świata (ostatni w 2012 roku). Warto wspomnieć o dość sporym zaskoczeniu, jakim bez wątpienia był rezultat, jaki osiągnęła drużyna Zenitu Kazań. Rosyjski zespół, który na tę imprezę jechał jako obrońca wywalczonego przed rokiem tytułu, zakończył udział w turnieju na etapie fazy grupowej, odnosząc zwycięstwo tylko w jednym spotkaniu – przeciwko PGE Skrze Bełchatów.

 

 

Zatopiona wizja potęgi

 

Od początku sezonu ligowego, a w zasadzie to od wakacji i momentu, w którym Stocznia Szczecin zaczęła budować drużynę, która miała walczyć o najwyższe cele, wszyscy z zaciekawieniem patrzyli na plan budowy nowej potęgi. Władze klubu pozyskały takich graczy jak Matey Kaziyski, Bartosz Kurek czy Łukasz Żygadło, a funkcję dyrektora sportowego objął utytułowany szkoleniowiec Radostin Stoychev. Wszystko zapowiadało się naprawdę bardzo dobrze i na początku tak było. Chociaż pierwsze spotkanie w Szczecinie nie odbyło się z powodu awarii oświetlenia, a w drugiej kolejce PlusLigi zespół Michała Gogola przegrał z ZAKSĄ Kędzierzyn-Koźle, w kolejnych meczach szczecinianie prezentowali się z naprawdę dobrej strony, zdobywając kolejne ligowe punkty. W życiu nie może być jednak zbyt pięknie. Już pod koniec października pojawiały się informacje, że Stocznia Szczecin zmaga się z problemami finansowymi i klub zalega z wypłatami dla zawodników. Te pogłoski zostały jednak zdementowane przez klub, ale kolejnych takich sygnałów włodarze nie mogli już stłumić. W listopadzie sytuacja robiła się coraz bardziej poważna, a pod koniec miesiąca stała się dramatyczna. Zespół został bez sponsora i nie miał funduszy na normalne funkcjonowanie. Sen o potędze w Szczecinie okazał się tylko snem, a zadłużenie klubu sięgnęło poważnej sumy pieniędzy. Jako pierwszy kontrakt, za porozumieniem stron, rozwiązał Bartosz Kurek, a w ślad za nim poszli kolejni gracze. Chociaż klub do końca żył nadzieją na znalezienie jakiegoś rozwiązania, spełnił się najgorszy scenariusz. 13 grudnia władze Stoczni Szczecin wydały oświadczenie o wycofaniu klubu z rozgrywek PlusLigi.

 

 

Dobry ruch klubu ze stolicy

 

Od momentu, w którym pojawiła się informacja o rozwiązaniu kontraktu ze szczecińskim klubem przez Bartosza Kurka, wszyscy zastanawiali się, gdzie trafi MVP mistrzostw świata. Pojawiały się różne kierunki, które mógłby obrać atakujący reprezentacji Polski. Ostatecznie został w Polsce, a zasilił szeregi drużyny ONICO Warszawa. Pozyskanie siatkarza przez warszawski zespół okazało się dobrym ruchem sportowym, ale też marketingowym, bo pierwszy pojedynek z udziałem najlepszego zawodnika mistrzostw świata obejrzał komplet kibiców na warszawskim Torwarze. Warto wspomnieć, że oprócz Bartosza Kurka, zespół z Warszawy zasilił też Nikolay Penchev. Nie ulega jednak wątpliwościom, że to właśnie osoba Bartosza Kurka wzbudza wśród kibiców największe zainteresowanie. Warszawianie pierwszą rundę fazy zasadniczej zakończyli zatem na drugim miejscu, a już teraz wiadomo, że kolejny, już styczniowy, mecz po dołączeniu do zespołu byłych graczy Stoczni Szczecin również obejrzy komplet widzów.

 

 

Zmiana trenerów

 

Końcówka roku przebiegała w niezbyt przyjemnej atmosferze z uwagi także na zawirowania trenerskie. Trener Ferdinado De Giorgi poprosił o rozwiązanie kontraktu z zespołem Jastrzębskiego Węgla. Sytuacja niecodzienna, bo budowa zespołu z Jastrzębia-Zdroju była w pełni przeprowadzana zgodnie z jego pomysłem. Miał za zadanie stworzyć zespół walczący o najwyższe cele. Po tym jak z ekipą Cucine Lube Civitanovy rozstał się trener Giampaolo Medei, trener Ferdinando De Giorgi zdecydował się na objęcie tego zespołu. Po takiej sytuacji i pozostawieniu zespołu w trakcie sezonu włoski szkoleniowiec stracił w oczach zarówno kibiców, jak i samych zawodników, którzy w trosce o atmosferę w zespole zwrócili się do prezesa klubu z prośbą o to, aby trener Ferdinando De Giorgi nie prowadził drużyny w pojedynku przeciwko ekipie ONICO Warszawa – mecz ten miał być ostatnim pod wodzą Włocha. Jastrzębianie jednak dość szybko załatali powstałą lukę i z Indykpolu AZS-u Olsztyn do zespołu z Jastrzębia-Zdroju dołączył trener Roberto Santilli. Olsztynian zaś przejął asystent trenera Vitala Heynena, Michał Gogol. Trochę zamieszania na koniec roku, ale z drugiej strony dobrze, że przynajmniej nikt nie został bez pracy, a żaden klub bez trenera.

 

To był naprawdę dobry rok dla polskiej siatkówki. Przede wszystkim cała uwaga była skupiona na mistrzostwach świata i tym, co trener Vital Heynen zrobi z reprezentacją. Zrobił dużo. To, czego od niego oczekiwano. W zaledwie cztery miesiące – a może nawet trochę mnie, odliczając czas sprawdzania graczy – stworzył drużynę, która sięgnęła po złoto. Chociaż przed turniejem wszyscy powtarzali, że celem jest pierwsza „szóstka”, wszyscy gracze po cichu wiedzieli, że walczą o medal i to ten konkretny – złoty.

 

 

W związku z nadchodzącym Nowym Rokiem 2019 chciałabym złożyć Wam w imieniu swoim oraz całej redakcji Czas Siatkówki najlepsze życzenia. Aby ten Nowy Rok był pełen szczęścia, pozytywnych zdarzeń, żeby spełniały się Wasze marzenia. Niech to będzie dobry czas!

SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU! 😊

BRAK KOMENTARZY