Historyczne lato

Historyczne lato

616
0
PODZIEL SIĘ

Od wczoraj mamy jesień. Pojawienie się nowej pory roku zwiastuje nadejście sezonu ligowego. Przed nami wiele sportowych emocji. Ale czy cokolwiek jest w stanie przebić to, co tysiące ludzi przeżywało tego wyjątkowo, słonecznego lata? Tegoroczny sezon reprezentacyjny przyniósł wiele niespodzianek. I niestety właśnie dobiegł końca.

 

Jeszcze kilka tygodni, ba, miesięcy temu nikt na Polaków nie stawiał. Nie byli faworytami, nie byli chwaleni, wciąż doszukiwano się błędów. Było wiele niewiadomych. Kilka potknięć, kilka niezrozumiałych na początku decyzji… wszystko po to, by dziś z pełną świadomością tych słów, móc powiedzieć jedno: po czterdziestu latach znów jesteśmy MISTRZAMI ŚWIATA!

 

Jak do tego doszło?

 

Zaczęło się od wielkiego wybuchu, znalezienia czternastu bobasów w kapuście i sprowadzenia dwóch takich z ziem francuskich specjalnymi liniami AirBocian. Legenda głosi, że potem było już tylko lepiej. Początki były jednak trudne. Gdy jesienią ubiegłego roku selekcjonerem polskiej reprezentacji został Stephane Antiga media oszalały. Podobnie eksperci. Niemożliwe wydawało się jednoznaczne wskazanie tych, którzy brali decyzję w ciemno. Dziś – jak to zwykle bywa – Francuz jest pod niebiosa wychwalany i uznawany niemal za cudotwórcę. W końcu na trzy postawione przed kadrowiczami zadania, dwa zostały wykonane.

 

Kwalifikacja do Mistrzostw Europy 2015 – jest.

Medal Ligi Światowej – nie ma.

Medal Mistrzostw Świata 2014 – jest. I to jaki!

 

Trzy tygodnie temu, siedząc wśród 60 tysięcy kibiców na Stadionie Narodowym powiedziałam koleżance (pół żartem, pół serio), że… Polska będzie Mistrzem Świata. Wtedy mało kto w to wierzył. W końcu Liga Światowa nam niby nie wyszła. Ja gdzieś głęboko w sercu byłam przekonana, że nam się uda. Podobał im się skład, najbardziej optymalny z możliwych, podobała mi się chemia, którą pokazywali na boisku. Wystarczyło. Wierzyłam ze świadomością, że zdarzyć może się dosłownie wszystko.

 

I trafiły się chwile grozy. Pierwszy moment strachu – kontuzja Michała Kubiaka i wykluczenie go z gry w Lidze Światowej. Drugi – Memoriał Huberta Jerzego Wagnera i uraz Mariusza Wlazłego. Tak, tego samego, który teraz może szczycić się statuetkami najlepszego atakującego i MVP Mistrzostw Świata 2014! Trzeci, na szczęście ostatni, to znoszenie z boiska Michała Winiarskiego podczas meczu z Iranem. Grymas bólu widoczny na jego twarzy zaraz po tym wydarzeniu wyrył mi się w pamięci i nie wiem, czy kiedykolwiek uda mi się go pozbyć. Na szczęście WSZYSTKO skończyło się lub kończyć będzie dobrze.

 

Jeśli chodzi o Polaków to warto podkreślić – JESTEŚMY MISTRZAMI PIĄTEGO SETA! I to jest piękne. Podnosiliśmy się za każdym razem. Nieważne, Iran, Francja, Brazylia czy Rosja, pokonaliśmy wszystkich, choć nie dawano nam szans.

 

Oczywiście najwięcej uwagi kieruję w stronę polskiej reprezentacji – musicie mi to wybaczyć. Oni mają specjalne miejsce w moim serduchu. W siatkarskim uniesieniu pamiętam jednak również o zagranicznych drużynach, które zostawiły po sobie ślad – raz lepszy, raz gorszy. Pytanie jest zatem proste, co jeszcze zapamiętam z ostatnich dni lata 2014? Wiele dobrego i wiele złego. Działo się w końcu dużo.

 

Ale ja streszczę: Kamerun, Argentyna, Rosja i Brazylia. Oby się świat na mnie nie pogniewał za ograniczenie się tylko do nich…

 

Urzekł mnie zespół z Kamerunu – ta radość po zdobyciu punktu, taniec po udanym bloku. Serce roście patrząc na te czasy! Każdy – nie tylko sportowiec – powinien się uczyć takiego podejścia. Uśmiech jest ważny. Małe szczęścia. Nic więcej nie trzeba.

 

Argentynę kocham od lat. Z niejasnych przyczyn uwielbiam również tę reprezentację i wiedziałam, po prostu czułam w kościach, że miłość kiedyś do mnie wróci. W końcu to właśnie dzięki tej drużynie Polacy uzyskali awans do III rundy jeszcze przed wejściem na boisko, przed spotkaniem z Francją. Argentyńczycy już nie mieli o co grać, a zagrali jak marzenie. I to jest postawa godna pochwały. Walczymy do samego końca. Nigdy się nie poddajemy, nawet wtedy, gdy jesteśmy „przegranymi”.

 

Zostały jeszcze Rosja i Brazylia. To zdecydowanie negatywna strona historii. O ile za Rosjanami nie przepadam (choć jestem świadoma, że grają fantastycznie), to Brazylijczyków darzyłam ogromnym szacunkiem. Murilo jest jednym z tych siatkarzy, który może równo dawać lanie naszej reprezentacji, a ja będę całować ziemię, po której stąpa. Śmiejcie się, śmiejcie, trudno!

 

Alexey Spirydonov i spółka – spodziewałam się takich zachowań. Nie dziwią mnie plotki, nie dziwią mnie obraźliwe słowa, które zawodnik wypisuje w Internecie czy mówi w wywiadach. Taki jest i wszyscy o tym wiemy. Ale Brazylia? Zachowanie trenera, nie pojawianie się na konferencji, irracjonalne zarzuty – to wszystko sprawiło, że straciłam szacunek do zespołu, do ludzi, którzy wielokrotnie zapisywali się na kartach historii siatkówki. Rozumiem nerwy i ambicje, jednak takie zachowanie nie przystoi Mistrzom. To oczywiście moje zdanie. Nie wiemy wszystkiego, może działo się coś, czego nie ujrzało światło dzienne… może. Oceniam to, co widziałam. A tego zaakceptować nie potrafię.

 

Jedno jest pewne: zapamiętamy te mistrzostwa. Obyśmy na kolejne takie sukcesy nie musieli znowu czekać czterdziestu lat.

 

 

 

Autor: Iza Sykut

 

 

P.S. Jerzy Mielewski śpiewający „Jesteś szalona”? Majstersztyk! Gratuluję dystansu i życzę go innym!

BRAK KOMENTARZY